Tamte dni, tamte noce: sprzeczność, która uwodzi
Film "Tamte dni, tamte noce" uwodzi i oburza. Uwodzi sprzecznościami, od których w nim kipi. Oburza, bo strażnicy moralności publicznej widzą tu pedofilię. O oburzonych pisał nie będę, zajmę się sprzecznościami.
Zacznijmy od tytułu...
Ja wiem, że film musi zarabiać, ale jeśli ktoś przekłada "Call my by your name" jako "Tamte dni, tamte noce", to jakby powtórzyła się historia z przekładem "Dirty dancing" jako "Wirujący seks". Tytuł książki i filmu nie ma żadnego odniesienia do treści i pachnie tanim romansem w stylu Harlequina.
Pozorny ideał
Wszystko tu jest idealne. Włochy, czytanie Heraklita, młodość, lato i romans. To jednak też sprzeczność. Z jednej strony jest to zbyt wyidealizowane i być może to nas pociąga, ponieważ tęsknimy za takim klimatem. Jako śpiewa Kazik "Polacy mają depresję totalną, dlatego, że nie ma słońca przez 7 miesięcy w roku a lato bywa nie gorące". Idziemy do pracy na 8, wychodzimy koło 17, spłaczmy raty za mieszkanie i tak większość dni w roku. A tu idylla. Gdzie więc sprzeczność? Ponieważ jest zbyt idealnie (to wada), ale nas to pociąga (to zaleta).
Romans, który się (nie)udałGłówną osią jest historia romansu Olivera (Armie Hammer) i Elio (Timothée Chalamet). Na pozór banał. Młody chłopak zakochuje się w starszym mężczyźnie o posągowej urodzie i błyskotliwej inteligencji. Mój problem z tym romansem ukrytym pod niebem Włoch jest taki, że on mógł się udać. Tak naprawdę nie było, żadnej zewnętrznej czy wewnętrznej przyczyny, która skazywałaby tę parę na porażkę (może poza tym, że film stałby się słodko - mdły aż do odruchu wymiotnego).
Krzywdy
Film "Call my by your name" jest o letnim romansie, który musi się źle skończyć. Tym się zachwycamy i całkiem słusznie, ponieważ gra młodego pana Chalameta jest obłędna. I gdyby nie to, że Oldmanowi należała się statuetka Oscara za wytrwałość, to Timothee Chalamet zgarnął by ją bez problemu. Nie można jednak przeoczyć tego, że po drodze w tym romansie trup ściele się może niezbyt gęsto, ale się ściele. Elio eksperymentuje i po drodze traktuje przedmiotowo pewną młodą Włoszkę. Oliver ulega namiętności (żądzy, miłości - niepotrzebne skreślić) i porzuca młodego Elio, żeby pod koniec filmu zadzwonić do niego z wiadomością, że się żeni.
Będzie część dalsza
Reżyser zapowiada, że będzie pracował nad kolejną częścią historii Elio i Olivera. Tym razem film ma poruszać temat HIV/AIDS. Nie jestem do końca przekonany do tego pomysłu. Film "Tamte dni, tamte noce" kończy się miażdżącą serca sceną, najwyższym "C" (scena kilku minut bez słów, za którą bym przyznał Oscara, Nobla i cokolwiek Timothee Chalamet, by sobie życzył). I być może tak powinno zostać. Zostaliśmy zmiażdżeni i wychodzimy z kina z bezbłędną muzyką Sufjana Stevensa. Być może tak powinno zostać. Jeśli zostanie nakręcona część, to finansowo pewnie wyjdzie na plus, ale nie widzę co należałoby jeszcze do tej historii dodać.
Można oczywiście Zarazić Elio lub Olivera wirusem HIV, zaaranżować ich spotkanie po kilku latach i w innym miejscu. Nie jestem jednak przekonany do tego pomysłu, ponieważ wyższych emocji już nie da się zagrać. Można odgrzać kotleta i dodać sosu w postaci ideologii HIV/AIDS, tylko po co? Zobaczymy jak wyjdzie, być może się pozytywnie rozczaruję.
Uwagi na marginesie
Jeśli gdzieś jeszcze grają ten film, to błagam na wszelkie filmowe świętości. Nie idźcie do jakiegoś multipleksu. Nie oglądajcie tego filmu w towarzystwie ludzi jedzących popcorn i przeglądających w ciemności fejsbuka. A już zbrodnią na tym filmie jest wychodzenie podczas napisów końcowych...
Zacznijmy od tytułu...
Ja wiem, że film musi zarabiać, ale jeśli ktoś przekłada "Call my by your name" jako "Tamte dni, tamte noce", to jakby powtórzyła się historia z przekładem "Dirty dancing" jako "Wirujący seks". Tytuł książki i filmu nie ma żadnego odniesienia do treści i pachnie tanim romansem w stylu Harlequina.
Pozorny ideał
Wszystko tu jest idealne. Włochy, czytanie Heraklita, młodość, lato i romans. To jednak też sprzeczność. Z jednej strony jest to zbyt wyidealizowane i być może to nas pociąga, ponieważ tęsknimy za takim klimatem. Jako śpiewa Kazik "Polacy mają depresję totalną, dlatego, że nie ma słońca przez 7 miesięcy w roku a lato bywa nie gorące". Idziemy do pracy na 8, wychodzimy koło 17, spłaczmy raty za mieszkanie i tak większość dni w roku. A tu idylla. Gdzie więc sprzeczność? Ponieważ jest zbyt idealnie (to wada), ale nas to pociąga (to zaleta).
Romans, który się (nie)udałGłówną osią jest historia romansu Olivera (Armie Hammer) i Elio (Timothée Chalamet). Na pozór banał. Młody chłopak zakochuje się w starszym mężczyźnie o posągowej urodzie i błyskotliwej inteligencji. Mój problem z tym romansem ukrytym pod niebem Włoch jest taki, że on mógł się udać. Tak naprawdę nie było, żadnej zewnętrznej czy wewnętrznej przyczyny, która skazywałaby tę parę na porażkę (może poza tym, że film stałby się słodko - mdły aż do odruchu wymiotnego).
Krzywdy
Film "Call my by your name" jest o letnim romansie, który musi się źle skończyć. Tym się zachwycamy i całkiem słusznie, ponieważ gra młodego pana Chalameta jest obłędna. I gdyby nie to, że Oldmanowi należała się statuetka Oscara za wytrwałość, to Timothee Chalamet zgarnął by ją bez problemu. Nie można jednak przeoczyć tego, że po drodze w tym romansie trup ściele się może niezbyt gęsto, ale się ściele. Elio eksperymentuje i po drodze traktuje przedmiotowo pewną młodą Włoszkę. Oliver ulega namiętności (żądzy, miłości - niepotrzebne skreślić) i porzuca młodego Elio, żeby pod koniec filmu zadzwonić do niego z wiadomością, że się żeni.
Będzie część dalsza
Reżyser zapowiada, że będzie pracował nad kolejną częścią historii Elio i Olivera. Tym razem film ma poruszać temat HIV/AIDS. Nie jestem do końca przekonany do tego pomysłu. Film "Tamte dni, tamte noce" kończy się miażdżącą serca sceną, najwyższym "C" (scena kilku minut bez słów, za którą bym przyznał Oscara, Nobla i cokolwiek Timothee Chalamet, by sobie życzył). I być może tak powinno zostać. Zostaliśmy zmiażdżeni i wychodzimy z kina z bezbłędną muzyką Sufjana Stevensa. Być może tak powinno zostać. Jeśli zostanie nakręcona część, to finansowo pewnie wyjdzie na plus, ale nie widzę co należałoby jeszcze do tej historii dodać.
Można oczywiście Zarazić Elio lub Olivera wirusem HIV, zaaranżować ich spotkanie po kilku latach i w innym miejscu. Nie jestem jednak przekonany do tego pomysłu, ponieważ wyższych emocji już nie da się zagrać. Można odgrzać kotleta i dodać sosu w postaci ideologii HIV/AIDS, tylko po co? Zobaczymy jak wyjdzie, być może się pozytywnie rozczaruję.
Uwagi na marginesie
Jeśli gdzieś jeszcze grają ten film, to błagam na wszelkie filmowe świętości. Nie idźcie do jakiegoś multipleksu. Nie oglądajcie tego filmu w towarzystwie ludzi jedzących popcorn i przeglądających w ciemności fejsbuka. A już zbrodnią na tym filmie jest wychodzenie podczas napisów końcowych...



Komentarze
Prześlij komentarz